Prolog
Gdzieś w Watykanie, przez jeden z długich korytarzy pałacu papieskiego, na którego całej długości był rozwinięty czerwony dywan, a na suficie nic nie wisiało, zmierzał szybkim krokiem duchowny, do drzwi znajdujących się na końcu drogi. Były to drzwi potężne żelazne, zamknięte na cztery spusty, dwie zasuwy i dwa klucze. Mężczyzna w czarnej sukni wyciągną żelazne klucze ze swojej kieszeni, zwisające z żelaznego koła i włożył oba do dziur, które im odpowiadały. Po przekręceniu obu kluczy i po przesunięciu zasuw, drzwi powoli i ociężale przesunęły się do środka. Po drugiej stronie drzwi znajdowały się schody ułożone w spiralę prowadzące w dół, w dół, głęboko pod ziemię. Idąc po nich można było się trzymać z obu stron na pół wyciągniętych rekach ścian, zbudowanych z czarnych wręcz cegieł połączonych nierówno cementem. Wiele ich było, schody ciągnęły się przez wiele metrów w głąb kuli ziemskiej. 1, 2, 3, 10, 15, 100 końca ich nie było widać. Po zstąpieniu z ostatniego stopnia trzeba było jeszcze przejść cementowa, brudna i zimna droga, na której, tym razem, końcu znajdowały się grube drewniane, zdobione efektem liści laurowych drzwi, które otwierał mały kluczyk zwisający duchownemu z szyi na czerwonej tasiemce. Po ich otwarciu można było zobaczyć piękne pomieszczenie, wielką aulę, gdzie z rogu stały meble, fotele, kanapy krzesła, taborety różnych wzorów, kolorów i kształtów. Stały one wszystkie jednak dookoła czterech stołów, które również były różnych kolorów, kształtów, a nawet wysokości. Na jednej z tych kanap, a dokładnie na czarnej skórzanej kanapie na trzy miejsca leżała dziewczyna i czytała książę zatytułowaną „Odyseja”. Właśnie do niej zmierzał duchowny a gdy przystanął przy jej osobie, odwróciła się twarzą do niego. Była to młoda, może dwudziesto kilku letnia piękna kobieta. Miała włosy złote, sięgające lekko za ramiona związane w jedna kitę z boku głowy. Grzywka zaś odwrócona była w przecina stronę. Spojrzała na niego swoimi pięknymi błękitnymi oczami, które podkreślał jej makijaż, niebędący jednak zbyt krzykliwy.
-Pan Teo niedługo powróci z wyprawy. – Odezwał się nagle duchowny. – Twoim obowiązkiem będzie wyruszyć mu na spotkanie, tu masz wytyczne miejsca jego pobytu. – Po jego słowach na ustach blond włosej dziewczyny pojawił się delikatny uśmiech. Wstała.
Teraz można było zobaczyć ją w całej okazałości. Wysoka, szczupła sylwetka modelki, która była ubrana w czerwona bluzkę bez ramiączek, lecz z dwoma pasami materiału zawiązanymi za szyją, nie sięgała ona nawet do pępka a kończyła się tym samym akcentem jak część górna. Dół ubrania był czarny. Była to czarna przepaska ulokowana lekko nad biodrami, z której wysnuwał się sięgający do kostek pas, przypięty do ud i reszty nóg kilkoma luźnymi pasami.
Buty były wsuwane, również czarne, skórzane, sięgały za kostki, a na kostkach, jako część ozdobna budów luźno leżały cztery bransoletki z ćwiekami. Wszystko wręczył czarny płaszcz opadający z ramion dziewczyny, sięgający do kolan, zapinany na pasy.
- Dziękuje, pójdę poinformować resztę grupy. – Tymi słowami pożegnała księdza i oboje poszli w swoje kierunki. Duchowny wrócił na powierzchnię Watykanu, a dziewczyna przeszła przez salę i weszła do jednego z pokoi znajdujących się za hebanowymi drzwiami.
- Słuchajcie. – Powiedziała, po otwarciu drzwi do osób tam zabranych. A było ich jeszcze czworo, dwóch mężczyzn i dwie kobiety, spojrzały na blond dziewczynę z zaciekawieniem. – Teo wraca. – Te słowa spowodowały wrzawę i poruszenie całej piątki.
Widać było, że było to niecodzienne wydarzenie, ważne dla wszystkich. Tym czasem na powierzchni ludzie żyli, nie zdając sobie sporawy z ogromu problemów i wojnie, która szykowała się wraz z poruszeniem pod ziemią. Już niedługo, wszystkie ulice każdego miasta będą splamione krwią, a trup się ścielić będzie gęsto.
c.d.n.
Ada Łobko
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz