Ten, kto jest dobry z matematyki może policzyć, że właśnie na styczeń przypada czas hucznie organizowanych „studniówek” symbolizujących czas stu dni pozostałych do matury. Ten, kto nie jest dobry z matematyki, może wybrać opcję dla leniwych (lub jak ja wole ją nazywać-opcję mniej problemową) i dojść do tego faktu poprze obserwację, co osobiście polecam. Studniówka sama w sobie , jak wiele świąt okolicznościowych pewnie zdążyła już przesiąknąć komercją wdzierającą się brutalnie w każdą dziedzinę naszego życia stając się przy tym dla wielu osób tylko i wyłącznie okazją do pokazania się. To jednak tylko przypuszczenia, ponieważ na szczęście nie było mi dane uczestniczyć w zwykłej studniówce. Uczestniczyłam natomiast w studniówce niezwykłej, bo mojej, jedynej, prawdopodobnie pierwszej i ostatniej studniówce ozdobionej ciekawym otoczeniem osób jakie tworzą moją szkołę.
Nasza studniówka była niby podobna do innych. Był polonez, był krótki program artystyczny, było jedzenie, muzyka i pamiątkowe (nienawidzę tego słowa, dobitnie przypomina mi fakt, że coś się zaraz skończy) zdjęcia. Nie do końca jednak było tak jak wszędzie. Niezwykłość naszej studniówki można podziwiać już od zeszłego roku. Wtedy właśnie na jednej z przerw postanowiliśmy, my uczniowie, że zorganizujemy sobie studniówkę. Dzielnie dążyliśmy do tego celu walcząc z przeciwnościami losu, ponieważ wizja jedynego w swoim rodzaju balu wciąż motywowała nas do działania. Oczywiście, pojawiały się również krótkie chwile zwątpienia, aczkolwiek zazwyczaj były to jedynie nic nie znaczące epizody nie warte opisywania. Ola ujawniła swój talent organizatorski zajmując się stroną techniczną co do której nikt nie miał żadnych zarzutów i za co jesteśmy jej bardzo wdzięczni. Wszystko wyszło lepiej niż można się było spodziewać. Liczba osób, która w porównaniu do innych studniówek była dosyć mała w żaden sposób nie ujmowała urokowi tego wieczoru. Bawili się nauczyciele, uczniowie, rodzice, pan dyrektor, wszyscy bez wyjątku podczas tego jednego wieczoru mogliśmy być dla siebie po prostu ludźmi, nie ograniczanymi szkolnymi formami. DJ przyznał, że pierwszy raz widzi, żeby ludzie na studniówce chcieli tańczyć poloneza dwa razy. My chcieliśmy. I wspaniale się przy tym bawiliśmy, polonez tańczony po raz drugi okazał się być mniej stresujący, przez co dosyć szybko zmienił się w indywidualne improwizacje we mgle.
Nie będę opisywać tego co przeżyliśmy z dokładnością Rzeckiego prowadzącego księgę dochodów sklepu Wokulskiego, bo chyba nie o to chodzi. Wspomnienia są nasze, a jak ktoś chce mieć podobne (lub lepsze, o ile to możliwe), niech dąży całą mocą do klasy trzeciej i stara się nas przebić. Z całą pewnością warto chodzić do szkoły tyle lat, żeby przeżyć coś takiego jak wyjątkowa studniówka. Polecam, Marta Komassa.
ps. Dziękujemy za zdjęcia Pani Alicji Józefiak!
Chlip chlip
OdpowiedzUsuńksz ksz
OdpowiedzUsuń