niedziela, 22 stycznia 2012

Ten, kto jest dobry z matematyki może policzyć, że właśnie na styczeń przypada czas hucznie organizowanych „studniówek” symbolizujących czas stu dni pozostałych do matury. Ten, kto nie jest dobry z matematyki, może wybrać opcję dla leniwych (lub jak ja wole ją nazywać-opcję mniej problemową) i dojść do tego faktu poprze obserwację, co osobiście polecam. Studniówka sama w sobie , jak wiele świąt okolicznościowych pewnie zdążyła już przesiąknąć komercją wdzierającą się brutalnie w każdą dziedzinę naszego życia stając się przy tym dla wielu osób tylko i wyłącznie okazją do pokazania się. To jednak tylko przypuszczenia, ponieważ na szczęście nie było mi dane uczestniczyć w zwykłej studniówce. Uczestniczyłam natomiast w studniówce niezwykłej, bo mojej, jedynej, prawdopodobnie pierwszej i ostatniej studniówce ozdobionej ciekawym otoczeniem osób jakie tworzą moją szkołę. 





Nasza studniówka była niby podobna do innych. Był polonez, był krótki program artystyczny, było jedzenie, muzyka i pamiątkowe (nienawidzę tego słowa, dobitnie przypomina mi fakt, że coś się zaraz skończy) zdjęcia. Nie do końca jednak było tak jak wszędzie. Niezwykłość naszej studniówki można podziwiać już od zeszłego roku. Wtedy właśnie na jednej z przerw postanowiliśmy, my uczniowie, że zorganizujemy sobie studniówkę. Dzielnie dążyliśmy do tego celu walcząc z przeciwnościami losu, ponieważ wizja jedynego w swoim rodzaju balu wciąż motywowała nas do działania. Oczywiście, pojawiały się również krótkie chwile zwątpienia, aczkolwiek zazwyczaj były to jedynie nic nie znaczące epizody nie warte opisywania. Ola ujawniła swój talent organizatorski zajmując się stroną techniczną co do której nikt nie miał żadnych zarzutów i za co jesteśmy jej bardzo wdzięczni. Wszystko wyszło lepiej niż można się było spodziewać. Liczba osób, która w porównaniu do innych studniówek była dosyć mała w żaden sposób nie ujmowała urokowi tego wieczoru. Bawili się nauczyciele, uczniowie, rodzice, pan dyrektor, wszyscy bez wyjątku podczas tego jednego wieczoru mogliśmy być dla siebie po prostu ludźmi, nie ograniczanymi szkolnymi formami. DJ przyznał, że pierwszy raz widzi, żeby ludzie na studniówce chcieli tańczyć poloneza dwa razy. My chcieliśmy. I wspaniale się przy tym bawiliśmy, polonez tańczony po raz drugi okazał się być mniej stresujący, przez co dosyć szybko zmienił się w indywidualne improwizacje we mgle.

 Nie będę opisywać tego co przeżyliśmy z dokładnością Rzeckiego prowadzącego księgę dochodów sklepu Wokulskiego, bo chyba nie o to chodzi. Wspomnienia są nasze, a jak ktoś chce mieć podobne (lub lepsze, o ile to możliwe), niech dąży całą mocą do klasy trzeciej i stara się nas przebić. Z całą pewnością warto chodzić do szkoły tyle lat, żeby przeżyć coś takiego jak wyjątkowa studniówka. Polecam, Marta Komassa.


ps. Dziękujemy za zdjęcia Pani Alicji Józefiak!

piątek, 2 września 2011

Dzień był letni i świąteczny. Wszystko na świecie jaśniało, kwitło, pachniało, śpiewało. A przynajmniej tak miało być bo jak się z czasem okazało wesoły głos sztucznej jak sklepowe manekiny prezenterki pogody po raz kolejny wszystkich oszukał. Swoją drogą to ciekawe jak ta kobieta wyobraża sobie siebie na sądzie ostatecznym, kiedy będzie musiała odpowiadać za te wszystkie pogodowe kłamstwa wypowiadane do setek tysięcy widzów. Jednym z tych widzów-ludzi wierzących w dobry świat i szczere pogodynki- była pani Zosia, osiemdziesięcioletnia staruszka z nadmiarem skóry zwisającym na twarzy i mętnym wzrokiem zapatrzonym gdzieś przed siebie. Zawsze o tej samej porze siadała w fotelu, pokrzywioną od artretyzmu dłonią przeczesywała biały puch na głowie który przypominał bardziej pojedyncze pióra niż włosy na wypadek gdyby Ci zawsze idealni państwo zza szklanego ekranu ją widzieli i przystępowała do swojego rytuału-serial, wiadomości  i pogoda którą oglądała chyba tylko po to, żeby nie zapomnieć kontur kraju bo swój dom opuszczała rzadko a jeśli już, to tylko pod bardzo ważnym pretekstem.
Boże ciało zmusiło starą i schorowaną panią Zosię do opuszczenia swojej świątyni zdobionej pajęczynami których nie miała siły sprzątać i sprzętami drzemiącymi pod kołdrą z kurzu w oczekiwaniu na swoje drugie życie. Z różańcem w dłoni i kolorową chustą przykrywającą siwą głowę staruszka opuściła kamienicę i powolnym krokiem ruszyła w kierunku kościoła. Bała się dzisiejszego świata i dzisiejszych ludzi, tyle razy widziała w wiadomościach co to się na ulicy wyprawia, ale święto to święto-na procesję trzeba iść choćby nie wiem co. Z tą myślą przemierzała wąskie ulice między  blokami, zachmurzone niebo rozciągało się nad jej głową a złośliwy wiatr zerwał kolorową chustę i porwał ją w szalonym tańcu daleko poza zasięg zamglonych oczu pani Zosi. Teraz wiedziała, że jej idealni zza szklanego ekranu kłamią. Miała ochotę najpierw złapać swoją chustę która właśnie zawisła na gałęzi starego drzewa a później własnoręcznie wybić śnieżnobiałe zęby prezenterki  pogody. Czuła się oszukana. Nie miała jednak siły ani na jedno, ani na drugie. Poza tym procesja niedługo się zacznie, trzeba zdążyć. Zapominając o wszelkim bólu stawów, silnym wietrze szarpiącym ledwie trzymające się już siwe włosy i straconej chuście Pani Zosia dotarła do przejścia. Wszystko jak w nakręconej pozytywce, obserwowała każdy ruch który ją otaczał i miała wrażenie, że nic tu nie dzieje się bez przyczyny. Tu zielone, tam czerwone, tu ruszają, tam hamują, tu ktoś przebiegnie, tam ktoś krzyknie… Siwowłosa staruszka była pod wrażeniem dokładności jaką żyje ta ulica, oglądała ten teatr z niepohamowaną ciekawością jak dziecko które widzi coś po raz pierwszy. Deszcz, który właśnie spadł z nieba dodawał tylko efektów delikatnie stukając o parasole przechodniów. Z tego niesamowitego świata wyrwały ją dzwony kościelne, prawie zapomniała o procesji! Czerwone światło właśnie się zapaliło ale przecież nie można się spóźnić jak to będzie wyglądało, co powie Janka spod dwójki ?! Trzeba być na czas, Pani Zosia przymyka swoje ciężkie powieki, i modląc się w duchu stawia pierwsze kroki na mokrej od deszczu jezdni. Nagle wszystkie elementy sceny idealnego świata który przed chwilą podziwiała uległy rozproszeniu. Był hałas, tępy huk samochodowej blachy, po którym nastała cisza. Cisza która strasznie męczyła panią Zosię, błądziła gdzieś w niematerialnej otchłani szukając kogokolwiek, byłaby szczęśliwa nawet z widoku wrednej i kłamiącej pogodynki, byle by tylko zapytać o drogę. Ładnie tu i tak biało, ale procesja na pewno już trwa. Wtedy ciszę rozerwał długi dźwięk który Pani Zosia znała z telewizji, w jednym odcinku główny bohater serialu leżał w szpitalu i był wtedy podłączony do takiej maszyny. Jak zatrzymało się jego serce maszyna wydała z siebie właśnie taki dźwięk, ale lekarze na szczęście go uratowali. Dobrze, że teraz mamy takich dobrych lekarzy, za czasów wojny nie było tak łatwo. Biel pomieszczenia zalała przerażająca czerń a Pani Zosia poczuła jak unosi się ku niebu. Teraz już była pewna, że nie pójdzie dziś na procesje i nie obejrzy pogody na jutro.


Marta Komassa

środa, 3 sierpnia 2011

PROJECT: ODWIEDZINY


Trzeci
ego dnia drugiego miesiąca tych wakacji wystartował długo planowany przez nas projekt "ODWIEDZINY" (należy pamiętać o odpowiedniej intonacji podczas czytania tej nazwy, w razie wątpliwości prosimy niezwłocznie skonsultować się telefonicznie z naszym dyżurującym ekspertem od spraw prawidłowego wydźwięku poszczególnych słów tej notki). Projekt polega na podróżowaniu po zupełnie przypadkowych miejscach. Redaktorzy biorący udział w tej akcji co jakiś czas poświęcają piękne wakacyjne popołudnia i poruszając się ścieżką rowerową po prostu odwiedzają jak sama nazwa tego projektu mówi. Niestety, okazuję się, że zastanie człowieka olpi w tych zupełnie przypadkowych, wybranych losowo miejscach podczas słonecznego dnia bywa trudniejsze niż trafienie do śmietnika stojącego na drugim końcu sali. Kolejna część naszego projektu już wkrótce, następnym razem wyruszamy poza granice Gdańska !

Marta KomaSSa oraz Jakub Zaród

poniedziałek, 18 lipca 2011

FETA



XV edycja Fety już za nami. Kto był, niech się cieszy, a kogo nie było… to trudno.
Działo się sporo, jednak organizacja całego festiwalu wyjechała chyba na wakacje, przez co trafienie na miejsce, w którym działo się to, o co nam chodziło było trudne. Miejsce festiwalu było duże, ciągnęło się przez prawie całe dolne miasto i, chociaż forty i kanały tworzyły ciekawą scenerię, to wszystko było pozbawione jakichkolwiek znaków czy informacji. Jedyną pomocą były mapy rozdawane przez osoby mówiące dialektem hiszpańsko-włosko-niemiecko-migowym. Szkoda, że nie każdy ma świetną znajomość tego terenu i szkoda, że nie każdy potrafi tak wspaniale posługiwać się mapą. Motto tegorocznej fety powinno zatem brzmieć „szukajcie, a znajdziecie”. W jednym czasie trwały różne wydarzenia często położone na dwóch równoległych scenach, przez wszystkie dni festiwalu spektakle się powtarzały, dzięki czemu można było zobaczyć wszystko nie rezygnując z niczego, warunkiem było jednak uczestniczenie w Fecie każdego dnia.
Na szczęście, jeśli już udało się znaleźć na odpowiednim miejscu, szybko zapominało się o złości towarzyszącej podczas prób dotarcia do sceny i, chociaż według kalendarza fetowanie rozpoczynało się o 16:00, najwięcej i najciekawiej robiło się dopiero około 21. Wtedy pojawiało się najwięcej ludzi i, wtedy rozpoczynały się najbardziej widowiskowe przedstawienia. Najbardziej oczekiwanym i niecodziennym spektaklem był ten kończący Festiwal Teatrów Plenerowych i Ulicznych. „Water fools” przedstawił życie codzienne w niecodzienny sposób, bo na wodzie. Na kanale wodnym powstało miasto po którym poruszali się artyści, spektakl przyciągnął bardzo dużo osób, sam w sobie był niesamowitą grą światła, muzyki i sztucznych ogni które zakończyły nie tylko samo widowisko, ale i całą tegoroczną Fetę






Marta Komassa


-<]UWAGA - ZDJĘCIA POJAWIĄ SIĘ PO POŁUDNIU, PEWIEN FOTOGRAF ZAWINIŁ BRAKIEM KABLA [>-

środa, 13 lipca 2011

Mieszkając nad polskim morzem, w trójmieście nie powinno się narzekać na wakacyjną nudę. Przecież Gdańsk i jego okolice są metą wielu wakacyjnych wyjazdów i spełnieniem marzeń tysięcy ludzi. Jednak mieszkając tu kilkanaście lat to stare miasto staje się nudne i monotonne, więc jeśli nudzą Cię już spacery po plaży i wycieczki na starówkę, to właśnie przybywam na ratunek.
Pokaże teraz miejsce o którym wiele osób nie ma pojęcia i wzdycha do Oliwskiego Parku nie wiedząc, że istnieje coś jeszcze. Ładny park i Orunia to dla wielu osób abstrakcja. A jednak… Park na Oruni o którym większość mieszkańców dzielnic innych niż Orunia nie ma pojęcia to drugi co do wielkości park miejski w Gdańsku. Położony nad kanałem Raduni otoczony jest malowniczymi wzgórzami- Góra Łez, Góra Pięciu Braci-Każdy kamień i każde wzgórze ma swoje odzwierciedlenie w legendach o parku autorstwa prof. Jerzego Sampa. Miejsce to posiada wspaniałą historię zdobioną wieloma ważnymi nazwiskami i wydarzeniami istotnymi w historii Gdańska. Z biegiem czasu rola parku i mieszczącego się na jego terenie dworu zmieniała się-od dworu myśliwskiego, poprzez ogród botaniczny po współczesny park, w którym obecnie trwa proces przywracania miejscu charakteru z XIX w.
Dzięki temu, że park położony jest na uboczu i mało osób go odwiedza, panuje tu znacznie spokojniejsza atmosfera i zupełnie inny klimat niż w Parku Oliwskim, często spotkać można też jego mieszkańców: wiewiórki czy nawet nietoperze, które nie zwracając uwagi na sporadycznie pojawiających się przechodniów żyją własnym życiem od czasu do czasu pozując do zdjęć. Osobiście mam z tym miejscem wiele wspomnień i wracam tam kiedy tylko mam możliwość, spędziłam tu kawał swojego życia, i nie zamieniłabym Parku Oruńskiego na żaden Oliwski, który moim zdaniem jest nieco sztuczny i przereklamowany.
Nie pozostaje mi teraz nic innego, jak tylko zaprosić na wirtualny spacer w towarzystwie mojego psa po tym nieco zapomnianym miejscu.
Pozdrawiam, Marta K.

środa, 1 czerwca 2011

Na podstawie książki Astrid Lindgren o rudowłosej dziewczynce powstało wiele filmów, bajek, opowiadań i spektakli teatralnych na całym świecie. Jedne bardziej, inne mniej wierne oryginałowi. Od poniedziałku do tej listy dołączyć można spektakl w reżyserii Tomasza Czarneckiego-aktora Teatru Muzycznego. Premiera „Pippi” przyciągnęła na Gdyński Plac Grunwaldzki ludzi w różnym przedziale wiekowym, jednak zdecydowaną większość publiczności tworzyły dzieci, bo głównie do nich kierowany jest spektakl przygotowany przez Teatr Muzyczny Junior.
To, że „Pippi” jest przedstawieniem amatorskim da się zauważyć, jednak nieliczne zająknięcia młodych aktorów często dodają uroku i naturalności całemu przedstawianiu, a trema którą słychać było w głosie chłopca wypowiadającego pierwsze słowa spektaklu z czasem zupełnie znikła. Na duże uznanie zasługują trzy dziewczynki odgrywająca tytułową rolę które swoją energią wywoływały szał na widowni, gdzie dzieci dosłownie przekrzykiwały się nawzajem żeby chociaż na chwilę zwrócić uwagę rudowłosej dziewczynki przechodzącej między rzędami. Młodzi aktorzy często wchodzili w interakcję z publicznością pytając o godzinę lub nawet pożyczając telefon komórkowy co wywoływało wśród młodych odbiorców dodatkowe emocje. Ruchomy element sceny został zastąpiony energią zespołu aktorskiego, który całkiem dobrze sobie poradził z przemieszczaniem elementów tworzących scenografię wykonaną na wzór białego papieru mającą na celu zmuszenie widzów do skorzystania z własnej wyobraźni. Zaskoczyło mnie to, że muzykę na „Pippi” nie tylko słychać, ale też widać bo muzycy grają prosto ze sceny przyozdobieni dodatkowo w rude warkocze na wzór fryzury bohaterki przedstawienia.
Chociaż na widowni słychać było również śmiechy starszych, mnie spektakl sam w sobie nie rozbawił, ale to już raczej kwestia gustu, nie przepadam za małymi dziećmi i już po kilku minutach czułam się po prostu zmęczona. Z pewnością znalazłby by się osoby nawet starsze ode mnie, którym przedstawienie bardziej przypadło do gustu. Szkoda, że spektakl zobaczyć można było tylko przez dwa dni, bo cała ekipa odpowiedzialna za „Pippi” bardzo dobrze wywiązała się ze swoich obowiązków, tworząc muzykę graną na żywo, „papierową” scenografię którą każdy widz mógł interpretować na własny sposób czy ucząc się na pamięć długich tekstów. Chociażby ze względu na pracę jaką Teatr Muzyczny Junior włożył w przygotowania spektaklu powinien on na trochę dłużej zagościć w repertuarze Gdyńskiego Teatru Muzycznego, bo sądząc po reakcjach młodych widzów chętnie zobaczyliby się z tytułową Pippi jeszcze raz.

Marta Komassa

niedziela, 29 maja 2011

Popołudniowe spotkania Saloniku Artystycznego w ostatnie piątki miesiąca chyba na stałe wpisały się już w kalendarze niektórych z nas, o czym świadczy kolejne, piąte już spotkanie osób lubiących pisać, mówić, śpiewać, grać, czytać i patrzeć na świat z nieco innej perspektywy. Majowy tytuł, który z początku nieco wystraszył to „Pani i Pan Cogito nad morzem”, okazuje się jednak po raz kolejny, że nie taki wilk straszny. Trójmiasto okazało się łączyć w sobie również tematy z poprzednich spotkań takie jak czas i tożsamość. Rozmowy na temat trójmiasta, tego za co je kochamy lub co nas w nim denerwuje przebiegały w miłej atmosferze zapalonych świeczek i mogłyby trwać w nieskończoność, niestety zapasu ciastek wystarczyło nam na tylko, lub aż na dwie godziny. Rozmowę rozpoczął pan dyrektor Piotr Bogdanowicz opowiadając o swoich doświadczeniach związanych z przeprowadzką do Gdańska z Warszawy i o tym, jak spojrzenie na stoczniowe dźwigi zmieniło jego postrzeganie tego miasta. Z każdym spotkaniem goście Saloniku z większą odwagą i łatwością wypowiadają swoje myśli co bardzo dobrze wpływa na ostateczną atmosferę naszych spotkań.
Zapraszamy wszystkich niezdecydowanych na ostatnie już w tym roku szkolnym spotkanie Saloniku Artystycznego. Jego tematem będzie HONOR.
Przypominamy, że w Galerii można znaleźć zdjęcia z ostatniego spotkania.
Marta Komassa

środa, 11 maja 2011

Dziś postanowiliśmy odnaleźć i uruchomić wehikuł czasu skrzętnie ukrywany w najgłębszych piwnicach OLPI i cofnęliśmy się do roku 1997. Mieliśmy w tym jeden konkretny cel: Poznać przodka The Olpi. I tak wpadliśmy na drzemiący  między półkami szkolnej biblioteki  „Kfas”- Czyli papierowego kuzyna naszej e-gazetki. Pomysł na „Kfas” narodził się w głowie jednego z uczniów, to właśnie on, lub ona, nadali tę tajemniczą nazwę kilkustronicowej gazecie-pierwszej w historii naszej szkoły. Pisać do „Kfasu” mógł każdy, stała redakcja zbierała się w jeden, określony dzień tygodnia i wspólnie opracowywali teksty napływające do redakcji. Nie było łatwo, jak powiedział nam Pan dyrektor redakcja wkładała dużo pracy w to, żeby „Kfas” istniał. Uczniowie niechętnie zostawali po lekcjach żeby pracować nad artykułami, czasem zostawały tylko dwie osoby które niezrażone małym zainteresowaniem mediami szkolnymi dzielnie pracowały nad gazetką. „Kfas” kosztował 50gr i wcale nie po to, żeby zwrócić część kosztów. Po prostu ogólnodostępna gazetka często trafiała w nieodpowiednie ręce i lądowała w koszach na śmieci. Kfas wydawany był nieregularnie, jeśli redakcja zebrała odpowiednią ilość materiału wypuszczała gazetę w obieg. Aż nadszedł dzień, w którym „Kfas” nigdy więcej nie został wypuszczony na szkolny korytarz. Dlaczego ? Nie wiadomo. Pan Piotr Bogdanowicz uważa, że zawsze, nawet w przypadku elektronicznej wersji gazetki szkolnej należy liczyć się z tym, że może przestać ona istnieć. Gazetę tworzą ludzie, ludzie się zmieniają, zmieniają zainteresowania, odchodzą lub zapominają. Przyszłość The Olpi też nie jest pewna, jednak świeża krew która napływa do ciała naszej szkoły zawsze daje nadzieję, że będą podtrzymywać tę tradycję jak najdłużej. Porównanie szkoły do ciała należy do naszego dyrektora. Uważa on, że na szkielet szkoły składają się lekcje a szkielet zakrywa dobrze widoczna skóra którą tworzą takie rzeczy jak szkolne gazetki której każdy uczeń lub uczennica może oddać kawałek siebie przez swoje myśli i słowa. Po uzyskaniu tych wszystkich informacji z przeszłości wróciliśmy do roku 2011 i zrobiliśmy krótką sondę. Pytanie brzmiało : Wolisz wersję elektroniczną szkolnej gazetki (The Olpi) czy tradycyjną, wydawaną na papierze (Kfas) ? Odpowiedzi rozłożyły się po równo. Na początku The Olpi miało ogromną przewagę, jednak papierowy Kfas w ekspresowym tempie dogonił naszą gazetę wyrównując wyniki sondy. Często powtarzało się zdanie, że papierowa gazeta jest lepsza, bo można z nią usiąść w fotelu, zachować na pamiątkę i po prostu jej dotknąć. Natomiast osoby popierające wersję elektroniczną uważają, że tym sposobem docieramy do większej liczby odbiorców, nie tylko pośród uczniów OLPI promując w ten sposób siebie samych, swoje teksty i oczywiście naszą szkołę.


                                                                                                                                         Marta Komassa

Jakub Zaród

poniedziałek, 9 maja 2011

W ramach obchodów 447 urodzin Szekspira, Gdański Teatr Szekspirowski zorganizował prapremierę sztuki "Kochankowie z Werony". Spektakl oparty na klasycznych motywach dramatu "Romeo i Julia" wystawiony został w dawnej zajezdni tramwajowej na Dolnym Mieście. "Kochankowie z Werony" to uwspółcześniona wersja dzieła Szekspira, która oprócz znanej wszystkim historii zakazanej miłości nastolatków pochodzących z dwóch skłóconych rodów przekazuje treści społeczno-polityczne dając wyraźną odpowiedź na to, dlaczego między dwoma rodzinami panuje odwieczna niechęć. O ile w dramacie Szekspira przyczyna była nie jasna, o tyle w sztuce pana Jacka Głomba dostrzec można ją od pierwszych minut trwania spektaklu.Obserwujemy wyraźny podział mieszkańców Werony na tych urządzających huczne imprezy i tych spacerujących w procesjach religijnych pod ich oknami. Podzielone społeczeństwo staje się w końcu łatwe do opanowania i narzucenia totalitarnych rządów czarnych koszul spod znaku Mussoliniego.
Na plus spektaklu wpływa nie tyle sama fabuła co pomysł zaangażowania mieszkańców Dolnego Miasta które wciąż nie może uporać się z krzywdzącymi stereotypami "gorszej dzielnicy". Statyści odgrywający lud Werony poradzili sobie bardzo dobrze z odegraniem świadków intryg rozgrywających się we Włoskim mieście którym na dwie godziny stała się nieużywana zajezdnia tramwajowa przy ulicy Kurzej.

Marta Komassa

sobota, 7 maja 2011

Od 1945 roku Warszawa znana jest wszystkim jako stolica polski, centrum kultury, nauki i polityki. Postanowiliśmy to sprawdzić i w dniach 4-6 maj zamieszkaliśmy w największym mieście Polski.  Zgodnie z wcześniejszą obietnicą, postaram się krótko streścić to, co widzieliśmy.
Pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy na miejscu był spacer śladami Mirona Białoszewskiego.  Odwiedzaliśmy miejsca które były inspiracją dla poety, posłuchaliśmy wersji audio „Karuzeli z madonnami” w podwórku znajdującym się niedaleko dawnego getta, a po chwili udaliśmy się do wesołego miasteczka,  żeby jeszcze bardziej wczuć się w klimat utworu.
Wieczorem wyszliśmy do Teatru Rozmaitości na T.e.o.r.e.m.a.t, który wywołał dyskusję i wzbudził w nas sporo kontrowersji. Reżyserem spektaklu był Grzegorz Jarzyna,  który oszczędzając na dialogach a skupiając się na mowie ciała chciał zapewne przekazać nam coś bardzo ważnego, niestety dla wielu osób T.e.o.r.e.m.a.t okazał się być za trudny do zrozumienia za pierwszym razem. Prawdopodobnie z powodu dosyć szokujących scen, które zamiast nas poruszyć i zmusić do refleksji, wywołały raczej coś w stylu zniesmaczenia i szoku. 
Następny dzień to Centrum Naukowe Kopernik przypominające ogromny plac zabaw, który uczy poprzez zabawę. Poznaliśmy prawa fizyki, tajemnice biologii , ciekawostki z języka polskiego, geografii chemii, a nawet matematyki.  Wszystko mogliśmy oczywiście sprawdzić i przetestować na własnej skórze.  Po zajęciu miejsca w sporej kolejce do kasy odwiedziliśmy stojący po sąsiedzku budynek Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego i należący do niej ogród na dachu, z którego widać było panoramę miasta. W drodze do samego Centrum mieliśmy  kilka atrakcji m.in. widzieliśmy eskortę kogoś z ważnego świata polityki i  jechaliśmy warszawskim metrem.
Po obiedzie zwiedziliśmy Zamek Królewski i kościół św. Anny ze znanym nam dość dobrze krzyżem.
Wracając do hostelu przeszliśmy szlakiem przedwojennych kawiarni słuchając ich historii oraz historii ludzi którzy twórczo spędzali w nich czas. Zatrzymaliśmy się w jednej z nich i przy pączkach Bliklego dokonaliśmy interpretacji dwóch wierszy poetów z XX-lecia międzywojennego.  Według własnego uznania układaliśmy nieznane nam do tej pory wersy utworów, co zupełnie zmieniało ich oryginalny sens, przez co mogliśmy stworzyć coś nowego.
Wieczorem większość osób integrowała się grając wspólnie w kalambury lub wychodząc do kina pod opieką Pana Marcina Szmuniewskiego.
Ostatniego dnia pobytu w stolicy zwiedziliśmy muzeum Powstania Warszawskiego.
Budynek jest dość duży, zaopatrzony w wiele ciekawych eksponatów i kino 3d prezentujące krótki film nagrany z lotu samolotem nad Warszawą, a raczej nad tym co z niej zostało po powstaniu. Dodatkowe emocje wzbudzało zbieranie kartek z kalendarza zdobiących ściany i opisujących każdy dzień walki powstańców. Za odpowiednią atmosferę odpowiadała ściana ustawiona na środku muzeum, wydająca dźwięki imitujące bicie serca, które usłyszeć można było w każdej części budynku.
Z Warszawą pożegnaliśmy się odwiedzając centrum handlowe Złote Tarasy i Pałac Kultury.

Zatem drodzy czytelnicy sprawdziliśmy wszystko i zgadza się, Warszawa to miejsce, które posiada strefę kultury, nauki i polityki. To miasto, które oprócz widocznych na pierwszy rzut oka szklanych wieżowców, biurowców posiada miejsca nieco bardziej historyczne jak podwórka odwiedzane przy okazji szklaku Białoszewskiego. Wystarczyło tylko przejść przez bramę, żeby znaleźć się w nieco innym, niewidocznym na co dzień w stolicy świecie starych,  zniszczonych kamienic. Warszawa jest też miastem z trudną historią, obrazy zniszczonej stolicy, która dziś tętni życiem widziane w muzeum są trudne do opisania.  Może dlatego,  że najlepiej opisuje je słowo „nic”, bo właśnie to wtedy tam było. 
Jestem zadowolona z wszystkiego co zobaczyłam, usłyszałam i poznałam podczas tej trzy dniowej wycieczki. Jestem pewna, że Warszawa ma nam jeszcze dużo do zaoferowania,  ale może innym razem. Teraz musimy wracać do Gdańska, który przecież wcale nie jest gorszy.
Dziękuję wszystkim za współpracę, towarzystwo, wiedzę, atrakcje, pomoc i za bardzo dobre kanapki na śniadanie.
Było warto być w Warszawie.

Marta Komassa

niedziela, 3 kwietnia 2011

Nazywam się Neptun, ale pewnie o tym wiecie, bo jestem przecież władcą mórz i oceanów. Głupio byłoby nie znać boga morza mieszkając nad morzem. Ale nie o tym chcę dzisiaj opowiadać.
Stoję w Gdańsku, właściwie w samym jego centrum dosyć długo, bo aż 396 lat, przez cały ten czas widziałem dużo wariatów robiących dziwne rzeczy, ale to co zobaczyłem dzisiaj było naprawdę zaskakujące. Stoję sobie spokojnie jak co dzień pozując do setek jak nie tysięcy zdjęć, co jakiś czas gołąb wpadnie na plotki, wiadomo – życie fontanny. Aż tu nagle, punktualnie o godzinie 15:00 przychodzą ludzie, sam nie wiem ile ich tam było, ale na pewno nie mało i nie uwierzycie.. jak gdyby nigdy nic siadają na ziemi, na krzesłach, gdzie popadnie, wyciągają książki i zaczynają czytać! Z wrażenia prawie upuściłem mój trójząb! Bezcenny widok...
Podczas mojego długiego życia obserwuje jak zmienia się świat i ludzie, z rozmów jakie prowadzą przechadzając się po okolicy słyszę jak zmieniają się wartości dla nich ważne, i już dawno zauważyłem, że książki przegrały wyścig z postępem cywilizacji. Z telewizją, z Internetem, z komórkami.. Każdy człowiek chciałby przeżyć coś niesamowitego, zobaczyć wspaniałe miejsca , poznać ciekawych ludzi.. Ale po książkę większość z nich sięga niechętnie, nie wiedząc, że to właśnie ona jest często biletem do czegoś innego, lepszego i naprawdę wartego uwagi.
Mam nadzieję, że cała reszta która uważnie obserwowała czytających - czasem tylko niepozornie spoglądając kątem oka w stronę znaku z napisem „TERAZ CZYTAM”, czasem przystając na chwilę i przyglądając się uważniej całej akcji – przypomni sobie o swoich „biletach do innego świata”, które leżą zapomniane i zakurzone na półkach, robiąc często tylko za ozdobę pokoju.
Wszystkie gołębie z okolicy nie mogą przestać plotkować o tym co widzieliśmy, odnoszę wrażenie, że Zjednoczenie Czytelnicze jeszcze długo będzie tematem naszych rozmów.
Pozdrawiam, Neptun.

Marta Komassa

sobota, 26 marca 2011

Witam w ten piękny sobotni wieczór. Za nami dzień pełen wrażeń, bowiem dziś w końcu nastał Dzień Otwarty naszej szkoły. Przygotowania zdawały się trwać w nieskończoność, ale dziś wszyscy, którzy ciężko się napracowali przez ostatnie tygodnie, mogli w końcu odetchnąć i podziwiać. Podziwiać wysiłek każdego z osobna, który właśnie dziś złożył się w całość tworząc wspaniały DZIEŃ OTWARTY OLPI. Moim zdaniem nasza szkoła jest zawsze otwarta, więc "Dzień Otwarty" to tylko formalność, a całe przedsięwzięcie na auli była okazją do wypowiedzenia swojego zdania na temat szkoły, jej pracowników i uczniów. Co oczywiście nie zmienia  to faktu, że było miło i sympatycznie. Liczba przybyłych gości nie była duża co tylko potwierdziło hasła jakimi reklamuje się OLPI. Było bowiem KAMERALNIE i INDYWIDUALNIE.


Marta Komassa

Zapraszamy do  obejrzenia zdjęć w Galerii.



środa, 2 marca 2011

22 lutego miałam okazję brać udział w rozstrzygnięciu konkursu organizowanego przez OLPI, dotyczącego dysleksji. Konkurs nosił tytuł „Jak radzę sobie z dysleksją” i miał na celu prezentację prac, w których uczniowie przedstawiali swoje sposoby na polepszenie wyników w nauce oraz problemy towarzyszące im w życiu codziennym wynikające z posiadania dysfunkcji.
Po obejrzeniu zwycięskiej prezentacji w mojej głowie narodziło się mnóstwo pytań. Na początek warto było by zastanowić się, co to w ogóle jest dysleksja. Wszelkiego rodzaju źródła, na które można by się powołać definiują to zjawisko jako „specyficzne trudności w czytaniu i pisaniu u dzieci o prawidłowym rozwoju umysłowym.” Postanowiłam jednak skonsultować się w tej sprawie z panią Dagmarą Jankowską, bardziej nam wszystkim znaną jako szkolny psycholog w OLPI, która udzieliła mi odpowiednich informacji.
Przyczyny dysleksji są różne, najczęściej nie zależne od dziecka. Można ją nabyć poprzez drogę genetyczną, czyli odziedziczyć po tacie, dziadku itd. W większości przypadków dotyczy to właśnie chłopców, za co odpowiadają geny. Istnieje ogromna liczba podobnych przyczyn na które dyslektyk nie ma najmniejszego wpływu. Najczęściej dotyczą one koncepcji organicznych i układu nerwowego.
Istnieje jeszcze jedna teoria, zakładająca, że przyczyną dysfunkcji może być przebyta trauma, uraz psychiczny. Jako dowód przedstawia się tak zwany „mechanizm blokady”, która powstaje, gdy dziecko ma czytać lub pisać wyrazy, które kojarzą mu się z przykrym lub bolesnym przeżyciem. Nie posiadam na tyle szerokiej wiedzy z dziedziny genetyki, żeby potwierdzać lub zaprzeczać przyczynom genetycznym dysleksji, jednak mam już za sobą odpowiednie doświadczenia, które pozwalają mi na przyznanie racji teorii dotyczącej czynników psychicznych.
Kilka lat temu zniechęciłam się nie tylko do matematyki jako przedmiotu, ale do wszystkiego co zawierało w sobie jakiekolwiek liczby, czy wymagało wykonania chociażby najprostszego działania matematycznego. Kiedy po kolejnej dwójce od nauczyciela słyszałam tylko „nic nie potrafisz”, a po jedynce powtarzane do znudzenia „mogłabyś, gdyby tylko Ci się chciało” zupełnie się poddałam. Myślałam, że po co się starać jak i tak nikt tego nie doceni i znowu dostanę dwóję.
Tak było do momentu, kiedy nie zdiagnozowano u mnie dyskalkulii – odmiany dysleksji polegającej na trudnościach w liczeniu. Niektórzy uważają że dysleksja to tylko wymówka przed nauką. Ten pogląd jest bardzo krzywdzący, uczeń posiadający dysleksję nie jest w żaden sposób zwolniony z obowiązku uczenia się. Wręcz przeciwnie- musi włożyć dwa razy więcej pracy w naukę, często nauczyciele nie traktują go z żadną taryfą ulgową oceniając jak każdego i odejmując punkty za każdy błąd, na który uczeń nie ma wpływu. Dysleksja często też traktowana jest jak choroba. Owszem, figuruje ona w światowym rejestrze chorób, ale zdecydowanie nie jest chorobą w potocznym rozumieniu tego słowa, ponieważ nie da się z niej wyleczyć. Tu nasuwa się kolejne pytanie : skoro nie da się z niej wyleczyć, to jak z nią żyć ? Odpowiedź jaką uzyskałam jest zaskakująco prosta i nawet oczywista. NORMALNIE. Ludzie ze starszego pokolenie często nie są świadomi, że mają dysleksję, podejmują trud pracy i żyją zupełnie normalnie. Najważniejsze więc jest to, żeby się nad samym sobą nie użalać, bo takim podejściem można zrobić krzywdę jedynie samemu sobie.
Na zakończenie chciałabym serdecznie podziękować za pomoc pani Dagmarze Jankowskiej oraz wszystkim nauczycielom OLPI, bo dopiero u nich znalazłam wsparcie i odpowiednią pomoc, która pozwoliła mi znów uwierzyć w siebie.
Marta Komassa

wtorek, 8 lutego 2011



Trzy lata temu po raz pierwszy odwiedziłam Teatr Muzyczny w Gdyni. Pierwszą sztuką jaką tam obejrzałam był musical pt. „Fame”, dlatego kiedy dowiedziałam się, że spektakl ten zostanie zdjęty z afisza gdyńskiego teatru postanowiłam, że muszę zobaczyć to jeszcze raz, po raz ostatni.
„Fame” już zawsze będzie dla mnie czymś niesamowitym, prawdopodobnie właśnie dlatego, że od niego zaczęła się moja fascynacja teatrem muzycznym, która zresztą trwa do dziś. Pewnie dlatego z wielkim bólem, po raz ostatni na stojąco żegnałam się oklaskami z obsadą tego spektaklu. Ludźmi , którzy wykonali kawał dobrej roboty, zarówno pod względem aktorskim, wokalnym jak i choreograficznym.
Sztuka opowiada o uczniach szkoły artystycznej, którzy chcą spełniać swoje marzenia związane z tytułową sławą. Przez dwie godziny i czterdzieści minut (co jest czasem czysto teoretycznym, bo dzięki cudownym bisom pani Reni Gosławskiej przygoda ze „sławą” mogła trwać o kilka minut dłużej) obserwujemy czteroletnie zmagania na trudnej drodze do wymarzonej sławy. Na scenie prezentują się rozmaite charaktery, z których każdy ma w sobie coś, co sprawia, że chcę się bliżej poznać daną postać. I tak oto spotykamy między innymi utalentowanego tancerza, który wychowany na ulicy ma problemy z czytaniem, obserwujemy muzyczną wymianę zdań nauczycielek o to, czy tylko talent wystarczy w życiu. Widzimy chłopaka, który uważa, że tylko poprzez naukę i ciężką pracę można odnieść sukces. I w końcu - niesamowita moim zdaniem postać Carmen Diaz, która niosła ze sobą jasne przesłanie: sława powinna wynikać z prawdziwych wartości, nie powinna być czymś, co przychodzi zbyt łatwo poprzez skandale i robienie zamieszania wokół siebie. Taka droga nie doprowadzi na szczyt, można za nią jedynie zapłacić wysoką cenę.
Całą historię pełną dramatycznych zwrotów wypełnia wspaniała muzyka oraz widowiskowa choreografia. Widownia teatru wypełniona była do ostatniego miejsca widzami w różnym przedziale wiekowym, bo „Fame” jest sztuką dla każdego. Zmagania uczniów i pedagogów trwają przecież od zawsze, i dotyczą każdego.
Warto wspomnieć, że w 2009 roku powstał film o tym samym tytule. Miał on być współczesną adaptacją słynnego musicalu z lat 80’. Wyszłam z kina jednak po kilku minutach trwania filmu i do tej pory nie dokończyłam oglądania, uznając film „Fame” za coś, co zdecydowanie nie może równać się z emocjami towarzyszącymi oglądaniu i przeżywaniu losów bohaterów na żywo w teatrze. To zdecydowanie jest jedno z tych uczuć, których nie da się opisać żadnymi słowami.
Marta Komassa

poniedziałek, 20 grudnia 2010

20 grudnia-Dzień Ryby. Nikt specjalnie nie obchodzi tego dnia, nikt specjalnie też nie dba o to, by był w jakikolwiek sposób zapamiętany. W tysiącach hipermarketów to przecież zwykły dzień pracy, tym bardziej pracowity, bo przedświąteczny. Dział z rybami, niewielki zbiornik, a w nim setki karpi. Czym sobie zawiniły, że właśnie duszą się czekając na pewną śmierć ?
To nie jest niesmak, to już wściekłość, jaką odczuwam oglądając barbarzyńskie wręcz sceny handlu żywymi rybami, w tym "pięknym, przedświątecznym, magicznym czasie". W książce Do Fish Fell Pain? (Czy ryby odczuwają ból?) naukowo udowodniono istnienie u ryb bardzo czułych receptorów bólu. Czy to nie wystarczający dowód na to, że NIE SĄ przedmiotami? Należy zmienić potoczne wyobrażenie o tych zwierzętach, uświadomić sobie, że są delikatnymi i wrażliwymi stworzeniami, którym, wedle słów ustawy o ochronie zwierząt, również należą się „poszanowanie, ochrona i opieka”. Czy naprawdę oglądanie scen duszących się stworzeń w „pseudo” zbiornikach, zabijanych często na oczach dzieci w bardzo niehumanitarny i nieetyczny sposób, jest warte jednej potrawy więcej na wigilijnym stole? Przecież bez problemu można ją zastąpić czymś innym. Czymś, co nie będzie cierpiało, kiedy wciąż żywe będzie niesione do naszych domów w foliowej torbie zawinięte w gazetę.



Proces uśmiercenia karpi trwa kilka dni. Najpierw, muszą zostać wyłowione, co powoduje zapewne ogromny stres, bo przecież nikt ich nie ostrzega przed tym, że to koniec ich beztroskiego, rybiego życia. Następnie są sortowane i transportowane do sklepów, gdzie jak już wspominałam trzyma się je w okropnych warunkach - za małych, nieodpowiednio napowietrzonych zbiornikach. Możemy się, więc jedynie domyślać, jak ogromny stres i szok temperaturowy przeżywają ryby zanim trafią na stół.
Nasuwa się pytanie co z tradycją? Nie potrafię na nie niestety odpowiedzieć. Ludzie pojmują tradycję jako "świętość" i część religii. Skoro ryba jest zwierzęciem, to ciało ryby jest mięsem. Dlaczego więc, w potocznym rozumowaniu kościół katolicki dania z ryb uważa jako dania postne? Do takich absurdów dochodzi dlatego, że nasz poziom wiedzy o tych zwierzętach jest znikomy. Ludzie przejmują tradycję, która z biegiem lat tylko się umacnia i nikt tak naprawdę nie wnika w jej sens. Z czasem wiedza ludzka zdecydowanie się rozwinęła, pora więc moim zdaniem na ocenę moralną tradycji, aby żyć zgodnie ze stanem współczesnej wiedzy i świadomością tego, że czas świąt nie jest kolejną rzezią niewinnych cierpiących stworzeń.

"Zarozumiałością oraz bezczelnością człowieka jest mówienie, że zwierzęta są nieme, tylko dlatego że są nieme dla jego tępej percepcji." - Mark Twain


Marta Komassa

źródło grafiki: kampania społeczna pt. „Lud lubi karpia, karp lubi lód"