II.
Kolejny dzień zaczął się od ósmej rano w jadalni. Nie którzy jednak nie pojawili się na śniadaniu, sen wydawał się ważniejszy, szczególnie po zarwanej nocy. Nie dotyczyło to Klary i Blanki. Po jakże zacnym i smacznym posiłku, wszyscy zjawili się w bibliotece w celu studiowania map wymiarów. Antonina była zafascynowana książkami. Traktowała je jak swoich małych przyjaciół, niestety byli jedynymi, z którymi wypadało jej rozmawiać w jej wymiarze. Wszystko ma dwie strony tak jak medal. Wszyscy to tutaj rozumieli. Dawid spacerował między niezliczonymi regałami. Jego wzrok przyciągnęła kartka wystająca z kantu regału przy samym suficie. Chociaż była kremowa, wyróżniała się spośród ciemno brązowych półek i monochromatycznych okładek książek. Przyciągnął drabinę pod miejsce spoczynku kartki. Ostrożnie wspinał się po kolejnych szczeblach aż po sam szczyt regału. Zdjął kartkę. Spojrzał na nią. Było na niej zdjęcie młodej kobiety i wybranka jej serca w najważniejszym dniu ich wspólnego życia. Wyblakłe czarno-białe zdjęcie schował do tylnej kieszeni, uznając je za przydatne. Zerknął jeszcze czy nie ma innych zdjęć w pobliżu ciekawego znaleziska. Niestety nic nie znalazł. W tym samym czasie Diana zajmowała się pilnie estetyką swych paznokci, jednak gdy skończyła piłować swe różowiutkie paznokietki zajęła się szukaniem najbliższej anteny satelitarnej odbierającej wiadomości z innych wymiarów. Niestety jej misja była skazana na niepowodzenie. Jednakże, Mia jako przykładna domowniczka pomagała w odnalezieniu potrzebnych map. Klara czytała księgę zaklęć, znała znajdujące się w tym zbiorze mapy. W sumie tylko Blanka studiowała pilnie "zakurzone papirusy, od których łatwo można nabawić się alergii" cytując wypowiedź Diany na ten temat.
Mapy wskazywały centralne punkty wymiarów. Odkryto ich jak dotąd 12 i na tym zaprzestano. Niektóre z map pochodziły z średniowiecza licząc czasy ziemskie. Po nauce wszyscy rozeszli się do swoich komnat. Tak naprawdę nikt nie rozumiał w jakim celu faktycznie wszystkich tu sprowadzono. Musiało mieć to drugie dno, przecież Anuria, jako ciemny charakter w tej partii szachów grała tylko królową. Kto był zatem królem tej gry?
Wiatr.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
środa, 18 stycznia 2012
Podeszła do Blanki i zbadała jej puls. Żyła. Zaczęła przeszukiwać szafki przy biurku. Nie zrzucała książek ale czuła i słyszała, że ktoś jest między nimi. Tego nie da się nauczyć, to trzeba w sobie odkryć, spróbować, znaleźć. Znalazła pudełko po cygarach z wyciętymi otworami. W całej szafce śmierdziało alkoholem. Otworzyła pudełko. Była tam na wpół żywa wróżka. Wyraźnie służyła za zabawkę u prezesa tej "poważanej firmy". Wyjęła ją. Zapach alkoholu ocucił Blankę.
-Żyjesz?
- Tak, - powiedziała potrząsając bolącą głową.-znalazłaś ją?
- Tak, - pokazała jej zawartość pudełka, a w nim malutką, drobną blondynkę.
- O nie...- Blanka dodała z przerażeniem rzuciła się w wir poszukiwań zrzucając kolejne książki i puchary, zdjęcia Klara podeszła do niej. Na policzkach Blanki błyszczały łzy, a w oczach było widać zarazem złość i bezsilność. Czarnowłosa położyła rękę na jej ramieniu. Rozpłakana blondynka osunęła się na podłogę. Łzy popłynęły jej po policzku. Uspokoiła się. Szukały dobre pół godziny, przeszukały wszystko. Znalazły drugą za książkami w tajnej skrytce, w szklanej gablocie zaprawioną w formalinie sprowadzonej z zagranicy i ubraną w skąpą białą sukienkę. Zostawiły ją do wglądu policji na biurku przy prezesie i wezwały policję z pobliskiej budki telefonicznej. Zadbały o odpowiednie odciski palców i możliwości wydarzeń, które wykluczały ich obecność.
Wróciły do punktu wyjścia. Blanka patrzyła się beznamiętnie w dal, a łzy spływały jej po policzku. Pierwszy raz od kiedy ją zobaczyła nie widziała jej pogodnego, pełnego optymizmu uśmiechu.
- Blanko, jaką przysługę wyświadczyła ci ta elfka?
- To przeze mnie zginęła...- łzy lały się strumieniami...
- Nie rozumiem. Niby dlaczego.
- Była wygnańcem, tak jak ta tu...
- Czytałam o tym, chodzi o to, że żaden elf nie może opuścić swojej ojczystej ziemi, chyba ,że dopuści się złamania zasad... Jakie zasady ona złamała?- Tokiem myślenia Klary w tej chwili była czysta ciekawość, po za tym chciała wysłuchać Blanki, czuła ,że to może jej tylko pomóc.
- Tak, dokładnie o to chodzi. W sumie to już nie istotne, ona zginęła umowa została anulowana. - mówiła zachrypniętym od płaczu głosem, który sam wywoływał łzy w oczach.
- Jaka umowa? - niestety Klara nie była podatna na takie triki.
- Zwyczajna, między człowiekiem, a elfem. Ona uczy mnie swojej magii, a ja w zamian swojej.
- magii elfów mogą używać tylko elfonitanie i elfki,... elfy. - potrzęsła głową w prawo i lewo, tak samo oczami na znak, "oj tam, oj tam to przecież i tak składa się na jedno.
- No właśnie. Ja miałam dać jej wolność, w zamian za opiekę. Zwyczajnie, pewnego dnia zniknęła, tak jak w "Calineczce" . Tutaj wszystko sprowadza się do bajek. A ja jej szukałam, do skutku, ale za późno ją znalazłam...
- Jeżeli sama odeszła to nie możesz brać na siebie winy. To była jej decyzja.
- Ale mogłam coś zrobić! Musiałam, chciałam, ona nie musiała.... - Zasłoniła załzawione oczy.
- To była jej decyzja, ...
c.d.n ... nadal Wiatr : )
-Żyjesz?
- Tak, - powiedziała potrząsając bolącą głową.-znalazłaś ją?
- Tak, - pokazała jej zawartość pudełka, a w nim malutką, drobną blondynkę.
- O nie...- Blanka dodała z przerażeniem rzuciła się w wir poszukiwań zrzucając kolejne książki i puchary, zdjęcia Klara podeszła do niej. Na policzkach Blanki błyszczały łzy, a w oczach było widać zarazem złość i bezsilność. Czarnowłosa położyła rękę na jej ramieniu. Rozpłakana blondynka osunęła się na podłogę. Łzy popłynęły jej po policzku. Uspokoiła się. Szukały dobre pół godziny, przeszukały wszystko. Znalazły drugą za książkami w tajnej skrytce, w szklanej gablocie zaprawioną w formalinie sprowadzonej z zagranicy i ubraną w skąpą białą sukienkę. Zostawiły ją do wglądu policji na biurku przy prezesie i wezwały policję z pobliskiej budki telefonicznej. Zadbały o odpowiednie odciski palców i możliwości wydarzeń, które wykluczały ich obecność.
Wróciły do punktu wyjścia. Blanka patrzyła się beznamiętnie w dal, a łzy spływały jej po policzku. Pierwszy raz od kiedy ją zobaczyła nie widziała jej pogodnego, pełnego optymizmu uśmiechu.
- Blanko, jaką przysługę wyświadczyła ci ta elfka?
- To przeze mnie zginęła...- łzy lały się strumieniami...
- Nie rozumiem. Niby dlaczego.
- Była wygnańcem, tak jak ta tu...
- Czytałam o tym, chodzi o to, że żaden elf nie może opuścić swojej ojczystej ziemi, chyba ,że dopuści się złamania zasad... Jakie zasady ona złamała?- Tokiem myślenia Klary w tej chwili była czysta ciekawość, po za tym chciała wysłuchać Blanki, czuła ,że to może jej tylko pomóc.
- Tak, dokładnie o to chodzi. W sumie to już nie istotne, ona zginęła umowa została anulowana. - mówiła zachrypniętym od płaczu głosem, który sam wywoływał łzy w oczach.
- Jaka umowa? - niestety Klara nie była podatna na takie triki.
- Zwyczajna, między człowiekiem, a elfem. Ona uczy mnie swojej magii, a ja w zamian swojej.
- magii elfów mogą używać tylko elfonitanie i elfki,... elfy. - potrzęsła głową w prawo i lewo, tak samo oczami na znak, "oj tam, oj tam to przecież i tak składa się na jedno.
- No właśnie. Ja miałam dać jej wolność, w zamian za opiekę. Zwyczajnie, pewnego dnia zniknęła, tak jak w "Calineczce" . Tutaj wszystko sprowadza się do bajek. A ja jej szukałam, do skutku, ale za późno ją znalazłam...
- Jeżeli sama odeszła to nie możesz brać na siebie winy. To była jej decyzja.
- Ale mogłam coś zrobić! Musiałam, chciałam, ona nie musiała.... - Zasłoniła załzawione oczy.
- To była jej decyzja, ...
c.d.n ... nadal Wiatr : )
Autor:
REDAKCJA THE OLPI
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Przechodząc korytarzami białego pałacu zauważyła, że nie jest on tak zacofany technologiczne jak mogłaby przypuszczać. Kroki były skrupulatnie zachowywane w pamięci dysków. Nie lubiła obserwacji. Szczególnie kiedy jej dotyczyła. Tym razem przełamała się i wyszła. Dawid znikł gdzieś na końcu korytarza. Poszła za nim. Znalazła się na dworze. Noc była cicha i spokojna. bez księżycowa. Zgubiła go, lecz jak już wyszła z pokoju nie chciała wracać do pustego pokoju, pokoju w którym nie czuła się swobodnie. Poszła zwiedzić okolice. Kręciła się po ścieżkach między polami. Znalazła mały las. Szła między drzewami. Znalazła kolejną ścieżkę, która prowadziła do lasu. Buchało od niego boleścią, ale i tajemnicą, która wołała aby ktoś ja odkrył. Błądziła przez ciemność mąconą blaskiem gwiazd. Lubiła błądzić, można wtedy odkryć drogi, którymi nigdy nie szłoby się, a wiadomo, że niektóre są piękne o każdej porze, choć rzadko uczęszczane mają swój urok. Brodząc myślami w poprzednim już dniu stanęła przed taflą lśniącej gwiazdami spokojnej wody. Okazało się, że nie tylko ona lubi spacerować nocą w kompletnych ciemnościach w celu uporządkowania myśli.
Na pomoście siedziała Blanka, wysłanniczka VI wymiaru. Patrzyła się w dal, podobnie jak wtedy kiedy pierwszy raz ja spotkała. Nie chciała przeszkadzać w zadumie więc zrobiła krok w stronę lasu. Blanka odwróciła się i przyzywającym spojrzeniem spojrzała sie na Klarę, a ta od razu zmieniła trasę swej wędrówkę. Usiadła na pomoście przy nowej koleżance. Blondynka uśmiechnęła się lekko i powiedziała:
- Ty też?- jej głos poniosła woda.
- W ciemności można ukryć wszystko...
- A sytuacja tego wymaga?
- Nie wiem, ty mi powiedz.
- Niektóre tutaj tak, ale w tym przypadku jest już za późno.
- Co masz na myśli.
- To jedno z nielicznych miejsc gdzie można używać magii i jest ona powszechna. Tak łatwo z niej zrobić użytek.
- W jaki sposób?
- Niedaleko stąd jest korporacja, jej szef jest kolekcjonerem bardzo rzadkich gatunków. Ostatnio złapał w swoje brudne łapska elfa.
- Masz zamiar go uwolnić?
- Ją, tak. Wiem , że jesteś medykiem, a ja nie wiem w jakim jest stanie.
- Co się stanie jak nas przyłapią?
- Najwyżej skarcą i pogrożą palcem. Jaką magią się posługujesz?
- Na razie żadną, ale szybko się uczę. - odpowiedziała na drugie pytanie gdyż nie zrozumiała czy Blanka mówiła o groźbach Krystynasa, czy też finansisty.
- To możliwe? A z resztą, czas ucieka. Mogę nauczyć cię zaklęcia skrzydeł.
- Dlaczego tak bardzo zależy ci na tym?
- Znałam ją, jestem jej winna przysługę.
Klara uśmiechnęła się, Blanka nauczyła ją zaklęcia i poleciały. Leciały może 20 minut. Okno na klatce schodowej było otwarte. Weszły. Blanka znała budynek co zaniepokoiło trochę Klarę, ale nie było czasu na zastanowienia. Wsuwką do włosów otworzyły zamek w drzwiach . Na tym piętrze nie było alarmu. Bynajmniej tak się zdawało. Weszły do biura. Na biurku paliła się mała lampka. W myślach zdążyła przekląć po tym Blanka upadła na ziemie po usłyszeniu świstu , który dla Klary był zaledwie gwizdem sędziego. Klara spojrzała się na postać przy biurku. Po czym usunęła się w róg pokoju. W bezpieczną ciemność. Wydawało się że jej nie widział, lub nie była istotna w tej grze. Podniósł Blankę chwytając ją za podbródek, przyjrzał się i upuścił bezwładną opokę ciała na ziemie. Wyjął broń spod marynarki. W jego tuszy mógł ukryć arsenał. Klara uspokoiła oddech. Wtopiła się w czerń. Obserwowała. On usiadł przy biurku. Podparł brodę na ręce niczym zaciekawiony uczeń i czekał, a ona wyszła z cienia i stanowczym tonem spytała:
- Czego chcesz?
- Pytaniem jest po co wy tutaj przyszłyście. - odpowiedział stanowczym chłodnym lecz drwiącym głosem. Tą wibracje bezczelnego śmiechu było czuć w całym powietrzu wypełniającym pokój. Choć stanowiła, mogłoby się wydawać, nic nie znaczący ułamek słów.
- Po kogo, -poprawiła go, - wiesz że ją znajdziemy. Dlaczego nie możesz po prostu nam jej oddać? Nie słyszał ostatniego zdania, jego mózg puścił go w niepamięć.
- Śmiem w to wątpić.-Podniósł broń w kierunku Klary i strzelił. Ona odskoczyła w bok. Usunęła się w cień. Kula prawie dotknęła jej ramienia, czuła jeszcze zapach prochu w powietrzu. Zastanawiał się nad jej ruchem, ale nim zdążył go odgadnąć, już była za jego fotelem. Przesunęła zimnymi długimi palcami pod jego gardłem i przesunęła na bark. Zachowywała się jak pani ciemności. Był przerażony, a dla niej było to zabawne ,że dorosły mężczyzna wstrzymał oddech ze strachu prze nastolatką, którą mógł w każdej chwili skręcić kark. Wtopiła palce ręki w obojczyki, jego serce zatrzymało się na chwilę, po czym przesunęła pod nosem otwartą fiolkę z stężonym środkiem usypiającym. Od razu zadziałała.
c.n.d Wiatr.
Na pomoście siedziała Blanka, wysłanniczka VI wymiaru. Patrzyła się w dal, podobnie jak wtedy kiedy pierwszy raz ja spotkała. Nie chciała przeszkadzać w zadumie więc zrobiła krok w stronę lasu. Blanka odwróciła się i przyzywającym spojrzeniem spojrzała sie na Klarę, a ta od razu zmieniła trasę swej wędrówkę. Usiadła na pomoście przy nowej koleżance. Blondynka uśmiechnęła się lekko i powiedziała:
- Ty też?- jej głos poniosła woda.
- W ciemności można ukryć wszystko...
- A sytuacja tego wymaga?
- Nie wiem, ty mi powiedz.
- Niektóre tutaj tak, ale w tym przypadku jest już za późno.
- Co masz na myśli.
- To jedno z nielicznych miejsc gdzie można używać magii i jest ona powszechna. Tak łatwo z niej zrobić użytek.
- W jaki sposób?
- Niedaleko stąd jest korporacja, jej szef jest kolekcjonerem bardzo rzadkich gatunków. Ostatnio złapał w swoje brudne łapska elfa.
- Masz zamiar go uwolnić?
- Ją, tak. Wiem , że jesteś medykiem, a ja nie wiem w jakim jest stanie.
- Co się stanie jak nas przyłapią?
- Najwyżej skarcą i pogrożą palcem. Jaką magią się posługujesz?
- Na razie żadną, ale szybko się uczę. - odpowiedziała na drugie pytanie gdyż nie zrozumiała czy Blanka mówiła o groźbach Krystynasa, czy też finansisty.
- To możliwe? A z resztą, czas ucieka. Mogę nauczyć cię zaklęcia skrzydeł.
- Dlaczego tak bardzo zależy ci na tym?
- Znałam ją, jestem jej winna przysługę.
Klara uśmiechnęła się, Blanka nauczyła ją zaklęcia i poleciały. Leciały może 20 minut. Okno na klatce schodowej było otwarte. Weszły. Blanka znała budynek co zaniepokoiło trochę Klarę, ale nie było czasu na zastanowienia. Wsuwką do włosów otworzyły zamek w drzwiach . Na tym piętrze nie było alarmu. Bynajmniej tak się zdawało. Weszły do biura. Na biurku paliła się mała lampka. W myślach zdążyła przekląć po tym Blanka upadła na ziemie po usłyszeniu świstu , który dla Klary był zaledwie gwizdem sędziego. Klara spojrzała się na postać przy biurku. Po czym usunęła się w róg pokoju. W bezpieczną ciemność. Wydawało się że jej nie widział, lub nie była istotna w tej grze. Podniósł Blankę chwytając ją za podbródek, przyjrzał się i upuścił bezwładną opokę ciała na ziemie. Wyjął broń spod marynarki. W jego tuszy mógł ukryć arsenał. Klara uspokoiła oddech. Wtopiła się w czerń. Obserwowała. On usiadł przy biurku. Podparł brodę na ręce niczym zaciekawiony uczeń i czekał, a ona wyszła z cienia i stanowczym tonem spytała:
- Czego chcesz?
- Pytaniem jest po co wy tutaj przyszłyście. - odpowiedział stanowczym chłodnym lecz drwiącym głosem. Tą wibracje bezczelnego śmiechu było czuć w całym powietrzu wypełniającym pokój. Choć stanowiła, mogłoby się wydawać, nic nie znaczący ułamek słów.
- Po kogo, -poprawiła go, - wiesz że ją znajdziemy. Dlaczego nie możesz po prostu nam jej oddać? Nie słyszał ostatniego zdania, jego mózg puścił go w niepamięć.
- Śmiem w to wątpić.-Podniósł broń w kierunku Klary i strzelił. Ona odskoczyła w bok. Usunęła się w cień. Kula prawie dotknęła jej ramienia, czuła jeszcze zapach prochu w powietrzu. Zastanawiał się nad jej ruchem, ale nim zdążył go odgadnąć, już była za jego fotelem. Przesunęła zimnymi długimi palcami pod jego gardłem i przesunęła na bark. Zachowywała się jak pani ciemności. Był przerażony, a dla niej było to zabawne ,że dorosły mężczyzna wstrzymał oddech ze strachu prze nastolatką, którą mógł w każdej chwili skręcić kark. Wtopiła palce ręki w obojczyki, jego serce zatrzymało się na chwilę, po czym przesunęła pod nosem otwartą fiolkę z stężonym środkiem usypiającym. Od razu zadziałała.
c.n.d Wiatr.
Autor:
REDAKCJA THE OLPI
czwartek, 12 stycznia 2012
Etykiety:
PROZA
Nieprzeniknionej mrocznej nocy, kiedy we wszystkich opowieściach dorosłych wszelkie potwory wyłażą spod łóżek , a dzieci chowają się otulone pod najbezpieczniejszą dla nich kołdrą, ścieżką w środku lasu szła dość drobna ciemno włosa dziewczyna w kapturze. Jej twarzy nie można było zobaczyć. Szła ubrana w ciemną togę mijając kolejne drzewa. Nagle zatrzymała się przy urwisku, wykonała parę ruchów nogą, kreśląc znaki na ziemi, po czym rzuciła kamyk i zniknęła w roziskrzonym zielonym świetle. Przez chwilę można było rozpoznać jej sylwetkę wśród blasku. To wszystko trwało ułamki sekund. Zniknęła. Przepadła bez wieści.
Pojawiła się bladym świtem na zielonej polanie w środku lasu. Gdy pojawiała się można było ujrzeć jak nogi ugięły się pod ciężarem jej ciała gdy wynurzyła się spośród światła. Ruszyła Ścieszką ku wielkiemu białemu pałacowi. Chwilę później była na miejscu. Przekroczyła bramy pałacu i otworzyła wielkie drewniane drzwi , które wydawały się o wiele cięższe niż można było przypuszczać. Gdy weszła ujrzała dwie dziewczyny pogrążone w zadumie. Pierwsza siedziała pod ścianą przy stoliku i patrzyła się tępo w nieokreślona dal w wielkim holu . Druga siedziała na schodach po środku sali i oglądała czubki swoich butów. Zanim czarnowłosa zdążyła podejść do blondynki przy stoliku rozległ się nie wyobrażalny łomot drzwi które prawie wypadły z zawiasów. W nich stała różowiutka blondyneczka z równie różową walizeczką. Nazywała się Diana. Za nią próbował przemknąć blondyn o wspaniałym niebieskim spojrzeniu ale potknął się o nie zawiązane sznurówki i runął na ziemie zwracając na siebie całą uwagę. Zaraz po tym po schodach zeszła Mia. Widząc niezręczność sytuacji od razu zaprosiła wszystkich do Sali obrad gdzie miały się potoczyć losy wszystkich wymiarów.
Wszyscy zajęli miejsca pośrodku Sali. Nie trzymali się razem. W sumie jaki sens miałoby to kiedy nikt poza Klarą i Mią się nie znał. Może przy nie sprzyjających warunkach nikt nie miałby okazji się spotkać w innym czasie i miejscu. Wszystkie istoty czekały na te chwilę, choć nowo przybyła młodzież nie wyrażała co do tego zbytniego entuzjazmu. Nagle do Sali wszedł człowiek który mimo białej brody nie wydawał się stary. Przywitał wszystkich i opowiedział niczym istny gawędziarz o krainach w których miał okazję być. Zdążył powiedzieć zaledwie kilka zdań po czym zamarł w pół słowie. Przypomniał sobie o smutnym obowiązku opowiedzenia o czymś innym, bardziej drastycznym. Zastanawiał się jak zacząć. Wreszcie otworzył usta.
- Chciałem opowiedzieć wam o krainach w których mieszkacie, ale i o tych których nie mieliście szansy obejrzeć. O ich największych sekretach, marzeniach i celach, które sprawiły, że wyglądają tak jak dziś, lecz inne jest moje zadanie w tej chwili. Powołano mnie na kata, który ma zniszczyć wizję piękna by ocalić to co zostało z tych wszystkich krain, które zdołały przetrwać ostatnie ciężkie czasy. Jak wiecie dokonano ataku na piąty wymiar. To nie był zwyczajny terroryzm, ale groźba czegoś o wiele gorszego, co nadchodzi z każdą minioną minutą. Jesteście przodkami największych wojowników, którzy chodzili po tych ziemiach. Z wszystkich dwunastu rodów zostaliście tylko wy. To wy macie w sobie siły, które pozwolą ocalić tę garstkę światów przed zagładą. Tylko w naprawdę krytycznych sytuacjach uciekamy się do pomocy od strony tak potężnych magów władających starożytna magią wymiarów. Tylko w was tkwi nadzieja ...
Krystynas, Władca drugiego wymiaru jeszcze długo głosił tą przemowę, ale nikt specjalnie nie chciał jej słuchać. Wszyscy wiedzieli po co tu ich zwołano. Po tym jakże fascynującym monologu udali się na plac, gdzie miał się odbyć test sprawności fizycznej. Na nim wszystko działo się lawinowo.
Klara nie lubiła wygłupiać się dla czyjejś uciechy. Usiadła na najwyższym słupie który razem z innymi miał służyć do utrzymania równowagi. Diana schowała się w wierzy obserwacyjnej najdalej od pałacu, a Mia wraz z resztą przeprawiała się przez niezliczone przeszkody. Krystynas widział Klarę, podobnie jak inni. Powoli podszedł pod słup który był może o połowę od niego wyższy, zadarł głowę i spojrzał na Klarę. Jej oczy automatycznie skierowały się na dół. Jego spojrzenie mogło zabijać. Nie było to przesadą, dziewczyna przestraszyła się na tyle że od razu zeskoczyła i zaczęła brać czynny udział w ćwiczeniach, podobnie jak inni którzy nie mieli zamiaru tego robić.
Ćwiczenia skończyły się późno. Po kolacji wszyscy udali się do wyznaczonych dla nich komnat. Dziewczyna o kruczoczarnych włosach nie widziała najmniejszego sensu w braniu udziału w tej farsie. Czas mijał spokojnie. W pewnym momencie swojego milczenia w przeszukiwaniu swych myśli jak co dzień, usłyszała dźwięk otwieranych drzwi od pokoju chłopca, jedynego w tym towarzystwie. Jego kroki rozchodziły się echem po pustym korytarzu...
c.n.d...
Wiatr.
Pojawiła się bladym świtem na zielonej polanie w środku lasu. Gdy pojawiała się można było ujrzeć jak nogi ugięły się pod ciężarem jej ciała gdy wynurzyła się spośród światła. Ruszyła Ścieszką ku wielkiemu białemu pałacowi. Chwilę później była na miejscu. Przekroczyła bramy pałacu i otworzyła wielkie drewniane drzwi , które wydawały się o wiele cięższe niż można było przypuszczać. Gdy weszła ujrzała dwie dziewczyny pogrążone w zadumie. Pierwsza siedziała pod ścianą przy stoliku i patrzyła się tępo w nieokreślona dal w wielkim holu . Druga siedziała na schodach po środku sali i oglądała czubki swoich butów. Zanim czarnowłosa zdążyła podejść do blondynki przy stoliku rozległ się nie wyobrażalny łomot drzwi które prawie wypadły z zawiasów. W nich stała różowiutka blondyneczka z równie różową walizeczką. Nazywała się Diana. Za nią próbował przemknąć blondyn o wspaniałym niebieskim spojrzeniu ale potknął się o nie zawiązane sznurówki i runął na ziemie zwracając na siebie całą uwagę. Zaraz po tym po schodach zeszła Mia. Widząc niezręczność sytuacji od razu zaprosiła wszystkich do Sali obrad gdzie miały się potoczyć losy wszystkich wymiarów.
Wszyscy zajęli miejsca pośrodku Sali. Nie trzymali się razem. W sumie jaki sens miałoby to kiedy nikt poza Klarą i Mią się nie znał. Może przy nie sprzyjających warunkach nikt nie miałby okazji się spotkać w innym czasie i miejscu. Wszystkie istoty czekały na te chwilę, choć nowo przybyła młodzież nie wyrażała co do tego zbytniego entuzjazmu. Nagle do Sali wszedł człowiek który mimo białej brody nie wydawał się stary. Przywitał wszystkich i opowiedział niczym istny gawędziarz o krainach w których miał okazję być. Zdążył powiedzieć zaledwie kilka zdań po czym zamarł w pół słowie. Przypomniał sobie o smutnym obowiązku opowiedzenia o czymś innym, bardziej drastycznym. Zastanawiał się jak zacząć. Wreszcie otworzył usta.
- Chciałem opowiedzieć wam o krainach w których mieszkacie, ale i o tych których nie mieliście szansy obejrzeć. O ich największych sekretach, marzeniach i celach, które sprawiły, że wyglądają tak jak dziś, lecz inne jest moje zadanie w tej chwili. Powołano mnie na kata, który ma zniszczyć wizję piękna by ocalić to co zostało z tych wszystkich krain, które zdołały przetrwać ostatnie ciężkie czasy. Jak wiecie dokonano ataku na piąty wymiar. To nie był zwyczajny terroryzm, ale groźba czegoś o wiele gorszego, co nadchodzi z każdą minioną minutą. Jesteście przodkami największych wojowników, którzy chodzili po tych ziemiach. Z wszystkich dwunastu rodów zostaliście tylko wy. To wy macie w sobie siły, które pozwolą ocalić tę garstkę światów przed zagładą. Tylko w naprawdę krytycznych sytuacjach uciekamy się do pomocy od strony tak potężnych magów władających starożytna magią wymiarów. Tylko w was tkwi nadzieja ...
Krystynas, Władca drugiego wymiaru jeszcze długo głosił tą przemowę, ale nikt specjalnie nie chciał jej słuchać. Wszyscy wiedzieli po co tu ich zwołano. Po tym jakże fascynującym monologu udali się na plac, gdzie miał się odbyć test sprawności fizycznej. Na nim wszystko działo się lawinowo.
Klara nie lubiła wygłupiać się dla czyjejś uciechy. Usiadła na najwyższym słupie który razem z innymi miał służyć do utrzymania równowagi. Diana schowała się w wierzy obserwacyjnej najdalej od pałacu, a Mia wraz z resztą przeprawiała się przez niezliczone przeszkody. Krystynas widział Klarę, podobnie jak inni. Powoli podszedł pod słup który był może o połowę od niego wyższy, zadarł głowę i spojrzał na Klarę. Jej oczy automatycznie skierowały się na dół. Jego spojrzenie mogło zabijać. Nie było to przesadą, dziewczyna przestraszyła się na tyle że od razu zeskoczyła i zaczęła brać czynny udział w ćwiczeniach, podobnie jak inni którzy nie mieli zamiaru tego robić.
Ćwiczenia skończyły się późno. Po kolacji wszyscy udali się do wyznaczonych dla nich komnat. Dziewczyna o kruczoczarnych włosach nie widziała najmniejszego sensu w braniu udziału w tej farsie. Czas mijał spokojnie. W pewnym momencie swojego milczenia w przeszukiwaniu swych myśli jak co dzień, usłyszała dźwięk otwieranych drzwi od pokoju chłopca, jedynego w tym towarzystwie. Jego kroki rozchodziły się echem po pustym korytarzu...
c.n.d...
Wiatr.
Autor:
REDAKCJA THE OLPI
czwartek, 1 września 2011
Leśna przygoda
Dzień był letni i świąteczny, wszystko na świecie jaśniało, kwitło, pachniało, śpiewało. Zapowiadał się zwyczajnie, tak jak wszystkie dni spędzone na obozie harcerskim, na którym się znajdowałem.
Było pogodnie. Po nocy spędzonej w szałasie wybudowanym przez nas w lesie, ja i kilku moich kolegów wstaliśmy i udaliśmy się do obozu po śniadanie. Obóz znajdował się dwadzieścia minut drogi od szałasu. Gdy dotarliśmy na miejsce pobraliśmy prowiant i zaczęliśmy wracać do szałasu.
Na początku droga przebiegała normalnie. Minęliśmy skrzyżowanie obok leśniczówki, po czym skręciliśmy w lewo obok parkingu. Następnie poszliśmy prosto. Oprócz naszego, w terenie były jeszcze inne szałasy zwane chatkami. Postanowiliśmy odwiedzić jedną z nich. W następnych dniach miały się odbyć podchody, więc zależało nam na zorientowaniu się, z której strony najłatwiej je podejść.
Wkrótce przekonaliśmy się jednak iż owa chatka jest jednak dobrze chroniona, gdyż drogę zagrodziło nam prawdziwe bagno. Z początku nie było tak źle, potem jednak zrobiło się naprawdę grząsko. Raz doszło do tego, że musieliśmy zdjąć buty, czasami trzeba było nawet przeskakiwać grzęzawiska. W pewnym momencie trafiliśmy na oczko wodne na tyle duże, iż nie można było go przeskoczyć. Mój starszy o kilka lat kolega wszedł pierwszy, lecz nie minęły trzy sekundy, a był już powrotem na tej samej stronie z nogą w błocie. Musieliśmy przejść przez jakiś płot ominąć ową sadzawkę i pokonać go ponownie wracając na bagna. Po powrocie dostaliśmy się na strasznie grząski grunt, gdzie po przejściu kilku metrów utknąłem.
Wprawdzie nie wpadłem po pas w błoto, ale otaczały mnie same niestabilne mchy i błota. Nawet gdy postawiłem stopę na mchu, ten zapadał się, a zagłębienie napełniło się wodą.
Moi koledzy jakoś przeszli i zostałem sam. Czułem się niepewnie. Zastanawiałem się jak wybrnę z tej sytuacji. W końcu po dość długim wzywaniu pomocy, ruszyłem na przód. Jakoś udało mi się wydostać. Gdy ziemia zrobiła się pewniejsza poszedłem dalej. Ostatni kawałek pokonałem korzystając ze wskazówek kolegi, po czym dotarłem na stały grunt. Uczułem ulgę.
Chatka ta była istotnie dobrze zabezpieczona, gdyż otaczały ją bagna i jezioro. Po krótkim pobycie w sąsiedniej chatce zaczęliśmy przedzierać się przez drugie bagno. Różniło się ono tym od pierwszego, że było zdecydowanie krótsze, toteż chwilę potem szliśmy już brzegiem jeziora, a po krótkiej chwili wydostaliśmy się na drogę później skręciliśmy na łąkę. Nie minęło wiele czasu, a byliśmy już w chatkach.
Ta przygoda była niezwykła i na długo pozostanie w mojej pamięci.
Aleksander Grono
Autor:
REDAKCJA THE OLPI
poniedziałek, 1 listopada 2010
Alfred
Etykiety:
PROZA
A kiedy zaśniesz w środku nocy, pozwalając odpocząć marzeniom, dając spokój wspomnieniom, życie upomni się o ciebie. Kroplami deszczu zastuka o twoje szyby, próbując wedrzeć się do środka. A później spłynie, powoli, schnąc w blasku wschodzącego słońca.`
***
Zniszczony, stary miś.
Brudna zabawka, ukryta niczym najcenniejszy skarb. Ukryta pod burzą twoich kasztanowych włosów. Tak pięknie wyglądasz, gdy śpisz…
***
Zielony, malutki pokój promieniował dziś wyjątkowym szczęściem. Wypełniony dziecięcą radością. Taką najpiękniejszą na świecie, bo prawdziwą.
Na podłodze leżał prezent, duży, przewiązany czerwoną wstążką. Uśmiechnięta blondyneczka wpatrywała się w pudełko, niezdarnie próbując zedrzeć z niego papier. Małymi rączkami wyciągnęła ze środka wielkiego pluszowego misia. Misia, który miał towarzyszyć jej już zawsze i nie opuścić na krok. Nazwała go Alfred.
Alfred dorastał razem z nią. Przyglądał się, jak przygotowuje herbatkę dla lalek, czy zjada czekoladę, brudząc przy tym całą buzię i uśmiechał się pod nosem, bo wiedział, że ten czar kiedyś pryśnie i że ona także dorośnie, zapomni o swoim misiu i rzuci się w wir dorosłości.
Towarzyszył jej na huśtawkach i podczas najważniejszych klasówek w szkole. Pozował do zdjęć i wysłuchiwał historii o niespełnionej miłości. Znał na pamięć ceny wszystkich kosmetyków i adresy najmodniejszych sklepów. Nigdy jej nie opuszczał. A ona wiedziała, że Alfredowi może powiedzieć wszystko. I kochała go za to.
Któregoś dnia przyglądali się razem dzieciom na placu zabaw. To było na dzień przed studniówką. Piękna czerwona suknia od tygodni wisiała w szafie, a ona nawet jej nie przymierzyła. Wolała wpatrywać się w uśmiechnięte twarze ludzi, którzy jeszcze niczym nie muszą się przejmować. Małych ludzi, którzy beztrosko spędzają czas, ciesząc się po prostu z tego, że są. Alfred wiedział, że i ona pragnęła znów być taka mała, skakać na skakance, a przecież była o krok od dorosłości, od czegoś, o czym zawsze marzyła.
Przypatrywali się w milczeniu, ciesząc się ostatnimi wspólnie spędzonymi chwilami. Nawet nie zauważyli, że zaczął padać deszcz. Siedzieli tam dalej przywołując przeszłość.
Zostawiła go na półce, przykryła stosem niepotrzebnych już rzeczy. Po co komu stary, zniszczony miś? Po raz pierwszy został sam i wiedział, że już po niego nie wróci.
Przed szkołą stało już mnóstwo ludzi, kiedy wysiadała z samochodu w swojej czerwonej sukience. Jego nie było. Czekała, zastanawiając się, co też mogło się stać. Przecież nigdy się nie spóźniał, zawsze przychodził. Przecież ją kochał… George Turner był w nią wpatrzony jak w obrazek. Dojrzały, odpowiedzialny…, dorosły człowiek… Pamiętała radość rodziców, gdy dowiedzieli się, z kim spotyka się ich córka. Sławny basista rockowego zespołu wybrał akurat ją spośród tysiąca, a może nawet miliona fanek. Ten wieczór planowali już od dawna, miał być najpiękniejszym w ich życiu. Wreszcie go dostrzegła, stał w towarzystwie długonogiej blondynki o ponętnym biuście. Nie zalała się łzami, nie wybiegła z płaczem.
- Tak to już jest w świecie ludzi dorosłych, mała. Przyzwyczaj się, już nie jesteś dzieckiem – powiedział mijając ją , jakby nic się nie stało.
- Tak to już jest w świecie ludzi dorosłych, mała. Przyzwyczaj się, już nie jesteś dzieckiem – powiedział mijając ją , jakby nic się nie stało.
Krople deszczu stukały energicznie o szyby zielonego, małego pokoju. Alfred przysłuchiwał się im z rosnącym zaciekawieniem. Wsłuchiwał się w nie nadal, kiedy przyszła ona – cała przemoczona, w swojej czerwonej sukience. Wyciągnęła go spod sterty niepotrzebnych rzeczy z uśmiechem na twarzy. Tak jak czteroletnia dziewczynka otwierająca swój urodzinowy prezent. Wtulił się w jej ramiona z ufnością, patrząc jak wybiega na ulicę, jak biegnie przed siebie krzycząc :` J"a nie chcę być dorosła, misiu! Nigdy nie chcę być dorosła!"`..., jak wpada pod samochód nieuważnego kierowcy po kilku piwach. Dorosłego, który nie dorósł do dorosłości.
Towarzyszył jej w drodze do szpitala, trzymając ją za rękę, wiedząc, że wszystko będzie dobrze. Syreny wyły, ludzie płakali, a Alfred po prostu był przy niej. Tak jak zawsze. I razem z nią zasnął, czuwając, by nie przyśniły się jej koszmary, przykryty burzą brązowych loków, na jednym ze szpitalnych łóżek.
Towarzyszył jej w drodze do szpitala, trzymając ją za rękę, wiedząc, że wszystko będzie dobrze. Syreny wyły, ludzie płakali, a Alfred po prostu był przy niej. Tak jak zawsze. I razem z nią zasnął, czuwając, by nie przyśniły się jej koszmary, przykryty burzą brązowych loków, na jednym ze szpitalnych łóżek.
***
To już cztery lata, jak zapadłaś w śpiączkę, Kim. Cztery długie lata, spędzone na wylewaniu łez, a ja wciąż mam nadzieję, że się obudzisz, wiesz, że życie się o Ciebie upomni. Słyszysz deszcz? Jak stuka o szyby, próbując dobić się do środka? Moja mała córeczko… Obudź się proszę, za chwilę wstanie słońce. Za chwilę zacznie się nowy dzień…
***
A on?
Nigdy nie wrócił. Gra dalej wciąż doprowadzając swoje fanki do szału. Rzucił się w wir dorosłości i zapomniał o swojej koleżance. O dziewczynie, która pozostała dzieckiem, na dzień przed swoimi osiemnastymi urodzinami. Zapomniał i nie przyjedzie na białym koniu, by jednym pocałunkiem wyrwać Kim ze stuletniego snu. Nie wrócił…
Czasami czas zamiera. I choć mijają dni i miesiące wciąż jest tak samo. Wciąż przeżywamy ten sam dzień od początku, bo gdy czas znowu ruszy, nie będziemy mogli go dogonić.`
Marcela Rutkowski
niedziela, 31 października 2010
Magia nocnej Oliwy
Etykiety:
PROZA
Gdańsk dzieli się na wiele dzielnic. Jedną z nich jest Stara Oliwa, skrywa wielkie, a czasem dziwne i niesamowite tajemnice.
Około północy Stara Oliwa, choć uśpiona ożywa na nowo. Wtedy również budzą się wszystkie magiczne niezwykłości, których nie da się zobaczyć w ciągu dnia. W Oliwskim Parku rozkwitają gigantyczne, kolorowe, pachnące najróżniejszymi zapachami kwiaty, ich woń rozchodzi się po całej okolicy. Blask księżyca przyciąga duchy z pobliskiego cmentarza, które przechadzają się ścieżkami, wylegują na trawie, a niektóre siedzą na przyciętych jak mur drzewach. Przybyłe zjawy rozstawiają swoje przezroczyste stragany. Na rynku rośnie wrzawa i każda z nich zachęca przybyłych, aby kupili właśnie od niej niezwykłe rarytasy, jakich nie dostanie się w żadnym innym miejscu. Wówczas w Kuźni Wodnej małe zielone elfiki uwijają się jak mogą. Czyszczą i naprawiają kuźnię, nadgryzioną zębem czasu. Zaczyna ona wtedy poruszać się miarowo i powoli obracać skrzypiącym kołem. Chłonie dźwięki, zapachy i widoki. Po drugiej stronie parku płynie potok. Z jego toni wyłaniają się przepiękne wodne dziewczęta, siadają blisko brzegu i zaczynają nucić swe pieśni. Dalej w Dworze Oliwskim kolorowe wróżki starają się, aby goście mieli wspaniałe wspomnienia z pobytu w tym magicznym miejscu. W starej stajni końmi zajmują się przezroczyści jeźdźcy. Czeszą je, przytulają, a czasami wyprowadzają na spacer po drogach Oliwy. Zaprzęgają je do powozów wożących magicznych gości. W ZOO nastaje wtedy czas, w którym wszystkie zwierzęta zachowują się jak ludzie. Przechadzają się swobodnie, rozmawiają i śmieją się. Również las zaczyna tętnić magicznym życiem. Duchy-opiekunowie drzew wychodzą ze swoich dziupli i rozpoczyna się bal. Każda pani ma niepowtarzalną kreację. Postacie z obrazów i obrazków opuszczają płótna i książki, aby rozkoszować się światłem rzucanym praz gwiazdy. Oni również zaczynają żyć, aby o wschodzie słońca wrócić na obraz i znów zastygnąć w swej pozie, aż do nadejścia kolejnego zmroku. Skąd to wszystko wiem, skoro mnie tam nie ma? Wiem, bo, słyszę każdą nutę muzyki na balu w lesie, dobiega mnie śpiew wodnych dziewcząt, skrzypienie koła młyńskiego, gwar na rynku, stukot kół od wozów, na których siedzą duchy. Czuję woń kwiatów w parku, nawet zapach gotowanych potraw przez wróżki w hotelu, a nawet ostrawy zapach płynów do mycia używanych przez elfiki. Wszystko to, cały ten balejaż dźwięków i zapachów zawsze potrafi ukołysać mnie do snu. A kiedy śpię, oczami wyobraźni przenoszę się tam i jestem jednym z nich. Uczestniczę we wszystkich atrakcjach, jakich Świat nie widział.
Adrianna Łobko
Mieszkańcy Kruczych Gnatów nazywali to miejsce "Gniazdem Kowalskiego", choć upłynęło już przeszło pół wieku od czasu, gdy domownik przekroczył jego próg. Okna w niegdyś okazałej posiadłości zabito deskami, ogród zamienił się w siedlisko nieposkromionych chwastów, zaś drzwi frontowe oraz tylne prowadzące do kuchni skrzypiały nocami, jakby wykrzykując " naoliwianie zawiasów jest do niczego". Cały wielki dom nocami stawał się miejscem, przy którym nawet najsilniejsi chłopi przyspieszali kroku. Mieszkańcy Kruczych Gnatów byli przekonani, że w tym domu straszy.
Legenda o tym, co wydarzyło się tam przed pięćdziesięcioma laty była historią, którą każdy szanujący się mieszkaniec wioski powinien znać na pamięć. Opowieść tę powtarzano już tyle razy, że nikt już tak naprawdę nie był pewny, co zdarzyło się tamtego wieczora. Starsi ludzie często rozprawiali o tym w okolicznej knajpie, co zawsze zapewniało im liczną widownię w osobach wnuków, których rodzice stwierdzili, że owa historia jest zbyt drastyczna dla dzieci i oczywiście zabronili im chodzić wieczorami do wioskowej gospody.
Każdy z knajpianych "wieszczy" znał inną wersję "Legendy Kowalskiego" i jak wiadomo wszyscy byli pewni, że to ich wersja jest tą prawdziwą lub najbardziej do prawdziwej zbliżoną. Tak samo większość młodego pokolenia, zamieszkującego wioskę nie do końca wiedziała, kim był sam Kowalski. Warto zaznaczyć, że byli to ci, którym zabroniono wchodzić do gospody "Pod Krukami Lecącymi Za Armią" , a oni -jak to grzeczne dzieci -posłuchali. Dowiadywali się więc od starszych kolegów, zaś starsi koledzy dowiadywali się od braci , bracia dowiadywali się od wujków, a wujkowie dowiadywali się od dziadków. Często już po tym jak trzy razy próbowali poderwać Mariannę - najładniejszą kelnerkę - po wypiciu przynajmniej sześciu kufli piwa lub czegoś mocniejszego.
I tak rodziły się plotki o Kowalskim i jego posiadłości. Lecz by usłyszeć jedną z nich w miłym klimacie grozy, przy poprawiającym atmosferę zapachu dymu, wydobywającego się kłębami z fajek połowy zgromadzonych i aromatu sfermentowanych ziaren zbóż, pomieszanym z wonią drewnianych desek, z których została zbudowana knajpa, trzeba rzecz jasna tam się udać. Idąc ulicą, pochwycić wzrokiem wiszący na metalowym drągu zniszczony szyld "Pod Krukami Lecącymi Za Armią", wejść po trzech schodkach, skleconych ze starych drewnianych skrzynek i z impetem pchnąć lekko zacinające się dębowe drzwi, które wydadzą z siebie zapraszające do środka ciche jęknięcie. Jeśli jest się tam po raz pierwszy najlepiej by było posłać miły uśmiech Mariannie za barem, która odwdzięczy się wesołym chichotem i kuflem piwa "na powitanie". Następnie należy wybrać sobie "wieszcza", co z pozoru wydaje się łatwym zadaniem. Jest ich tam pięciu i siedzą przy stolikach niedaleko siebie, zaś naprzeciw każdego z nich jest ustawione po kilka krzeseł dla rozemocjonowanych słuchaczy. Przy oknie w rogu ktoś popija niezidentyfikowany napój, wpatrując się w zimowy krajobraz kilku pól uprawnych. Za barem śmieją się kelnerki, wodząc wzrokiem za okolicznym chuliganem, a na ścinach wiszą smętnie wyglądające poroża i inne trofea łowieckie. Jakiś znudzony swoją pracą kelner po raz setny brudną szmatą przeciera jakiś stolik. Podłoga lekko skrzypi, gdy przemyka po niej mały chłopiec o jasnej czuprynie. Za nim przez okno widać, jak wielka wichura porywa gęsto lecący śnieg do tańca, który od biedy można nazwać walcem. Niedaleko znudzonego kelnera mniej więcej trzy stoły dalej siedzi mężczyzna w długim do kostek, czarnym zimowym płaszczu i opadającym na oczy szerokim kapeluszu z rondem. Jego nogi w zrobionych z brązowej skóry butach zupełnie nie pasujących do reszty ubioru leżą na krześle obok. On też jest "wieszczem". Nie jest tak leciwy jak tamtych pięciu, aczkolwiek ma dobrą pamięć i wrodzony dar wykrywania fałszerstw, prób koloryzacji czy kłamstw. Nie zdaje sobie z tego do końca sprawy (co wynika najpewniej ze skromności, wpojonej kiedyś głęboko przez matkę), że jego opowieść jest najbardziej zbliżona do prawdy lub nawet jest tą prawdziwą wersją. By wysłuchać jego opowieści, wystarczy się przysiąść i na szorstkie burkliwe "Czego?" odpowiedzieć: "Czy byłby Pan tak miły i podzielił się ze mną swą wersją <<Legendy Kowalskiego>>? " Wtedy ów jegomość zerknie na swego rozmówcę z ukosa i przy odrobinie szczęścia wyjawi mu swe imię, a następnie zacznie od rytualnego początku historii, ponieważ każda wersja legendy zaczyna się tak samo.
Karolina Sołtysiak